No - opuściłam się w pisaniu. Szczerze mówiąc, to ledwo żyję.
Olek budzi się w nocy przynajmniej kilka razy, a ja do niego dygam z wywieszonym cycem. Tej nocy pobił rekord - 13 razy cyc w użyciu.
Mąż mnie wnerwia, jeśli to delikatnie ująć.
Otóż znów nazwoził od swojej mamusi jabłek, gruszek, śliwek, indyków. Kurwa - w ilościach hurtowych. Jak zwykle. Ale mówię - nie - tym razem się nie będę wpierdalać. Niech leży, niech gnije, niech lęgną się muchy.
No więc leży dzień pierwszy. Ja nic. Leży dzień drugi - ja nic. Leży dzień trzeci, a L. chce, żebym naleśniki zrobiła. No to nie wytrzymałam i każę mu jeść tego indyka z lodówki. Nie omieszkałam oczywiście wspomnieć o tej stercie owoców i urodzajnymi muszkami, które już zdążyły się wylegnąć. Może następnym razem się nauczy. To kompot ugotował. A reszta leży w tych reklamówkach i gnije. Ja pierdolę. Nie wiem, ile jeszcze to poleży, ale kurwa, nie będę zwijać. Niech sam wypierdala. Jak mnie to drażni takie zwożenie dobroci ze wsi... Kiedyś mój tata mawiał: oczy chcą a dupa nie może. Nic dodać nic ująć.
----------------------------------------------------------------------------------
Poza tym: Olek długo w tym żłobku nie wytrzymał. Tydzień adaptacyjny i już ma zapalenie gardła. Mam nadzieję, że w piątek już wróci. Emilcia za to trzyma sie dzielnie!
skomentuj | data: 2009-09-09 | godzina: 12:19:35 | autor: rozmowy-z